| Aktualności - Nasze wywiady |
Rozmowa z Paulem Esswoodem wybitnym brytyjskim kontratenorem i dyrygentem, jednym z najwspanialszych śpiewaków naszych czasów.
Paul Esswood specjalizuje się w muzyce dawnej. Współpracował z wieloma teatrami operowymi. Był pierwszym kontratenorem w historii, który zaśpiewał na scenie mediolańskiej La Scali. Specjalnie dla Paula Esswooda powstało kilka partii operowych, m.in. rola Śmierci w Raju utraconym Krzysztofa Pendereckiego. Paul Esswood jest profesorem interpretacji wokalnej muzyki barokowej w londyńskiej Royal Academy of Music, prowadzi też regularne kursy mistrzowskie na całym świecie. Jest honorowym członkiem Królewskiej Akademii Muzycznej w Londynie.

Kaina Znamirowska: W jakim wieku zaczął pan uczyć się śpiewu?
Paul Esswood: Miałem ponad 6 lat.
KZ: Kim chciał pan być kiedy był pan małym chłopcem?
PE: Od dziecka wiedziałem, że oprócz śpiewania nie chcę w życiu robić nic innego.
KZ: Czy pamięta pan swój pierwszy publiczny występ? Co pan wtedy czuł?
PE: Tak, pamiętam. Śpiewałem w chórze kościelnym prowadzonym przez mojego ojca, który był też organistą w naszym kościele. Występowali w nim sami chłopcy, ci przed mutacją wykonywali partie sopranowe. Pamiętam, że wraz z dwoma kolegami miałem do zaśpiewania fragment solo. Mama, która obserwowała występ z boku sceny była bardziej zdenerwowana niż ja sam. Występy tego rodzaju nie były dla mnie niczym szczególnie wyjątkowym, ponieważ cała rodzina zajmowała się muzyką. Muzykowanie było dla nas czymś tak zwyczajnym i codziennym, jak dla innych rodzin robienie zakupów.
KZ: Czy śpiewanie w chórze kościelnym to był epizod w pańskiej muzycznej drodze, czy też stykał się pan potem ze sztuką chóralną?
PE: Jak już wspomniałem swoją przygodę z muzyką, tak się złożyło, że była to muzyka chóralna, zacząłem w wieku 6 lat. Miałem potem krótką, półroczna przerwę na serię chorób dziecięcych, takich jak migdałki, szkarlatyna czy świnka (śmiech). Następnie zacząłem śpiewać w szkolnym chórze, żeby wkrótce zmienić go na licealny. W Królewskim Koledżu Muzycznym w Londynie, do którego uczęszczałem, śpiew chóralny jest obowiązkowy. Po studiach natomiast śpiewałem przez 7 lat w chórze Opactwa Westminsterskiego (miejscu koronacji królów Anglii). Obecnie zdarza mi się dyrygować chórami, tak więc muzyka chóralna jest wciąż obecna w moim życiu.
KZ: Był pan pierwszym kontratenorem w historii, który zaśpiewał na scenie mediolańskiej „La Scali”. Jakie znaczenie dla artysty ma występ w takim miejscu?
PE: To było niezwykłe doświadczenie. La Scala jest chyba najsłynniejszą operą świata i każdy śpiewak marzy aby w niej zaśpiewać. To wspaniały gmach o pięknej architekturze i wnętrzach, a przy tym miejsce o wyśmienitej akustyce. To niezwykła satysfakcja stać pośrodku tamtejszej sceny i śpiewając arię czuć jak głos wędruje z niesamowitą swobodą i łatwością po tak wielkim audytorium.
KZ: Co jest najbardziej ekscytujące w zawodzie muzyka?
PE: Muzyka, to siła życiowa, daje mi niesamowitą energię, muzyka po prostu sprawia, że żyję.
KZ: Jak pan myśli, co to znaczy być dobrym muzykiem?
PE: Myślę, że dobry muzyk ma fantazję i odwagę do podejmowania ryzyka, eksperymentowania. Zna zasady, a ta znajomość daje mu prawo do ich łamania. W każdym utworze stara się szukać czegoś nieoczekiwanego, patrzy głęboko i znajduje ukryte tam skarby.
KZ: Czy ma Pan tremę przed występami?
ES: Nieco adrenaliny jest potrzebne, jest to wpisane w przygotowania do koncertu. Trzeba jednak umieć tę tremę kontrolować.
KZ: Jak pan sobie z nią radzi gdy jest zbyt duża?

PE: Rozmawiam ze sobą, staram się siebie przekonać, że robię coś dobrego i wartościowego.
KZ: Często odwiedza pan Kraków, z którym łączy pana wiele projektów artystycznych, współpracuje pan m.in. z Capella Cracoviensis i Akademią Muzyczną. Czy ma pan tutaj jakieś szczególnie ulubione miejsca?
PE: Uwielbiam spacerować po starym mieście, wstępować do napotkanych kościołów. Wawel też jest cudownym miejscem. Poza tym, kiedy jest ciepło lubię po prostu usiąść na rynku i patrzeć „jak toczy się życie”.
KZ: Czy ma pan jakieś hobby, które nie jest związane z muzyką?
PE: Zdecydowanie tenis! I myślę, że jestem w tym dobry (śmiech). Podoba mi się w tenisie możliwość studiowania charakteru przeciwników, ich mocnych i słabych punktów. Poza tym moje hobby daje mi bonus w postaci zdrowia i fizycznego i psychicznego.
KZ: Jaką radę dałby pan młodym adeptom sztuki muzycznej, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z muzyką?
PE: Cokolwiek się robi w życiu, trzeba mieć do tego dobre fundamenty, które pozwalają na dalszy rozwój. Trzeba zrozumieć co się robi, aby robić to dobrze. Ważne jest również aby czerpać z dobrych wzorców. Tak jak w piłce nożnej, żeby zrozumieć o co w niej chodzi, trzeba oglądać dużo dobrych meczów. Ja na przykład dużo oglądam Beckhama (śmiech)
KZ: Bardzo dziękuję za rozmowę.
PE: Dziękuję.







